Prehistoria Fundacja Matki Teresy z Kalkuty Przepiórka

Historia pewnej modlitwy

JEDZIEMY   DO  SUŁKOWICTurnus dla dzieci specjalnej troski.  Takie ogłoszenie przeczytałem w jednym z krakowskich kościołów w grudniu 80 roku. Hm.  Dzieci dosyć lubię.  W Krakowie nudzę się.  Wiece, strajki, wzniosłe sło­wa o wolności i ojczyźnie, patriotyczne nadzieje wzrastające od pomnika Wieszcza aż na wysokość Wawelu, nie porywają mnie, nie rozpoznaję tam głosu Jezusa. Jadę zatem do Sułkowic! – postanawiam.

A cóż to? – zdumiałem się, gdy ujrzałem te “dzieci”.  Toż to dorosłe chłopy i baby o skretyniałym wyrazie twarzy. Ani to-to pogłaskać, przytulić, popieścić.  Fe. W co ja wlazłem? Ponieważ właściwie każdy z opiekunów miał się kimś indywidualnie zajmować przez okres turnusu, uczepiłem się 17-letniego Grześka, chłopca częściowo sparaliżowanego, niemniej jednak umysłowo popularnego. Można z nim co najmniej po ludzku porozmawiać.

Wiesz – zagadnęła mnie kiedyś jedna z opiekunek – we Francji to są nawet wspólnoty z upośledzonymi, “Wiara i Światło”.  Spotykają się, razem na obozy wyjeżdżają. W Olsztynie też coś takiego powstało. Aha – przytakuję.

Turnus się skończył i dalej nudzę się samotnie między Wawelem a Sukiennicami. Właściwie – myślę – można aby utworzyć taką wspólnotę.  Do upośledzonych będę się uśmiechać, dzięki temu zdobędę przyjaciół, może dziewczynę dla siebie znajdę. Wiadomo, że do takich akcji ciekawsi wszyscy przychodzą, lepsi.

Zwołuję paru poznanych w Sułkowicach studentów i proponuję wycieczkę za miasto – z dziećmi. Chwyciło.  Gorzej z rodzicami.  Nie mogą pojąć, że ktoś spoza charytatywnych instytucji chce dzielić czas z ich niedorozwiniętą córką czy synem. “To jakaś ciemna sprawa” – jedna z mam wręcz zatrzaskuje przed nami, emisariuszami Wiary i Światło, drzwi.

Ostatecznie z czwórką upośledzonych w pewną wiosenną niedzielę roku 1981 jedziemy do Tyńca.  Nad Wisłą odpoczywamy.  Prawie każdy z tych dorosłych dzieci wyciąga na uboczu prywatne kanapki, zabierając się do jedzenia. Ponosi mnie.  Nie mam nic, a głodny jestem. Ściągam wszystkich do kupy i rozkazuję: “Cały prowiant wyłożyć na środek. Jak wspólnota, to wspólnota”.  Tak to się zaczęło. I ani wówczas nie przypuszczałem, że z tej mojej majówki  zrodzi się w królewskim mieście potężny ruch Wiara i Światło, liczący dzisiaj kilkadziesiąt wspólnot, zwanych muminkowymi.

Na następne wypady udajemy się do baśniowo położonej wśród wapiennych skał nad Wisłą starej chałupy, którą znalazłem pustą i zamieszkałem w niej za zgodą posiadacza. Po przestąpieniu progu to już oni pierwsi wołają: “Wszystko jedzenie wyłożyć na stół. Wspólnotą jesteśmy”. Nasza grupa przeżywała w tym uroczym, choć jednakże zrujnowanym obiekcie, miodowy miesiąc. A po udanym letnim obozie zaczęliśmy przygotowywać się do zimowiska sylwestrowego, gdy raptem… BUM!! Generał nam wszystko poprzewracał.

W mroźną zimę stanu wojennego zebrali­śmy się jednego popołudnia, by analizować, co dalej z nami, z naszą świeżo zrodzoną, kruchą wspólnotą. Była nas garstka zapaleńców i prócz entuzjazmu nie posiadaliśmy więcej nic, żadnych środków, żadnego soju­sznika, nawet Kuria od nas stroniła. A może Boga zaprosić do rady, do pomocy? – przeszyła mnie nieoczekiwana koncepcja. Występowaliśmy co prawda pod Jego szyldem; spotkania z naszymi upośledzony­mi znajomymi kończyły się zawsze mo­dlitwą, bo tak wypadało, ale zwracanie się do Pana bez ich kalekiej obecności… hm, to dobre dla ciotek kościelnych, ale nie dla nas, młodych intelektualistów. Gromadząc się razem, Jego zostawialiśmy w przedpokoju jak parasolkę na wieszaku. I chyba wyłącznie dzięki Generałowi, dzięki zakra­towanej celi, którą kilkanaście godzin wcze­śniej opuściłem, w tamten posępny dzień zaproponowałem, czy raczej narzuciłem, wspólną modlitwę na początku spotkania. A idąc z rozmachem dalej, otworzyliśmy Biblię – jak to wiedziałem, ze nieraz czynili święci – bo może Pan ma nam coś szczególnego do powiedzenia. Spodziewałem się wzniosłej, duchowej zachęty, ale tekst wy­padł brutalnie prozaiczny: jest wojna i do Jeremiasza siedzącego w więzieniu Bóg zwraca się z poleceniem, aby kupił pole w Anatot, które zaproponuje mu Chananeel, idący w tej chwili do niego. Po czym następuje drobiazgowy i nudny raport transakcji. (Jer 32,1-15).

Zostałem sam w chałupie, nadąsany, wstydząc się wobec przyjaciół za mego Boga, któremu zaufałem i wprowadziłem do świeckiego towarzystwa, wierząc, iż On wkroczy z jakimś mocnym, duchowym akcentem, pocieszeniem, tak że kobiety i mężczyźni uwierzymy, iż Pan wezwany, przybywa prawdziwie, zgodnie z ewangelicznym zapewnieniem: Gdzie dwóch czy trzech zbierze się w Moje imię, tam jestem wśród nich. A tu tymczasem banialuki… i to dosłownie nie pobożne. Wojna w Polsce jest, z więzienia akurat wyszedłem, na tyle aby się zgadzało, ale to pole…

Puk, puk – wchodzi nieoczekiwanie późnym wieczorem właściciel posiadłości  i oświadcza mi: “Niedaleko stąd mam pole, mniej więcej hektara. Chcę je sprzedać, wraz z tą działką (zrujnowana chałupa przeznaczona do rozbiórki). Lub więc pan to kupuje, albo się pan stąd wynosi”.

– O, mój Boże – wołam. – Jestem Jeremiaszem.

– Kim pan jest? – pyta on.

– Nieważne. Kupuję to pole – oświadczam.

Kieszeń świeci pustką, ale serce płonie wiarą. I nie na próżno. Z nieba sypią się pieniądze. Boże, Ty prawdziwie jesteś. Jesteś ze mną.

Nie rozstaję się z Biblią, mym doradcą. Śledzę dzieje Adama, Abrahama, Jakuba, Mojżesza… Stop. Witam Cię, bracie Mojżeszu. Jestem jak ty. Bóg powierza mi lud upośledzony z jagiellońskiego grodu, abym go zawiódł do kuli ziemskiej obiecanej, którą będzie wspólnota Arki, mieszkanie w Bodzowie, czy jak preferuje Bibia w – Anatot, gdzie zamieszkają osierocone Muminki. To jest mój cel, któremu się oddaję ciałem i duszą.

Postanawiam zabezpieczyć w Bogu to przedsięwzięcie, nie we mnie, dlatego zrze­kam się ziemskich zapewnień, nie siebie, lecz Andrzeja, mego przyjaciela, proponuje na oficjalnego posiadacza posiadłości (w PRL-u, musi nim byś osoba prywatna), chociaż to ja zamierzam tu żyć i walczyć.

Z Andrzejem różnimy się widzimisiem co do kształtu wspólnoty i dochodzi do coraz ostrzejszych spięć. Cóż on chce? Zostawiłem mu administracyjne kontrolowanie naszego marszu, niemniej jednak sobie rezerwuję laskę duchowe­go przywódcy. Razem moglibyśmy dokonać wspaniałych rzeczy, lecz widzę, że jemu nie w smak taka współpraca. Rywalizujemy więc z sobą, łopoczemy hałaśliwie naszą ofiarnością, naszą miłością do upośledzo­nych, starając się pozyskać zwolenników. Jednocześnie formalności związane z zaku­pem posiadłości komplikują się. Wiem, co się święci. To Bóg, słysząc nasze swary, zapłonął gniewem tak jak niegdyś na Izraelitów. Należy przebłagać Jahwe, zło­żyć ofiarę całopalną. Najlepiej byłoby z barana, niemniej jednak On żąda innej żertwy. Kładę na ołtarzu spersonalizowane dziecko, moje ukochane wi­dzimisię: podporządkowuję się Andrzejowi. A przywództwo duchowe – myślę – może by oddać Duchowi Świętemu?

Chcę do końca zabezpieczyć Anatot w Bogu. Dlatego zamierzam dokonać uroczystości poświęcenia tego miejsca i w tym pun­kcie nie podporządkowuję się nikomu z zie­mi, choć właściwie każdy rozsądny uważa, że nie można konsekrować domu dla wspólnoty, dopóki nie jest się pewnym jego prawnego posiadania. Głupcy! Mają wszystko odwrócone w głowie. Jeżeli już sprawę załatwi się najpierw na górze, to na dole pójdzie już potem jak również płatka. To jasne jak słońce.

Z zapałem macham młotkiem i kielnią, by przygotować do uroczystego aktu naszą siedzibę. W duszy natomiast odczuwam niepokój. W głębi ktoś mi szepce, że nie tu moje miejsce, że mam spakować manatki i od nowa: Idź do kraju, który wszyscy ludzie ukażę.

Aha – sarkam – Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść. To nie tak – szepce mi Duch. Nie czytałeś: jeden sieje, drugi zbiera? Niemniej jednak nie słucham. Ja Anatot własnymi rękoma i własnym sercem zbudowałem. Nie dam się stąd wykurzyć. Nawet Tobie, Panie. Remont jut kończę. Na sobotę ogłoszę poświęcenie. Ty wejdziesz do środka, więzień Hostii. I jeżeli zjednoczymy się razem przy bodzo­wskim stole na uczcie eucharystycznej, Ty będziesz mnie musiał zaakceptować pod tym dachem i pobłogosławić, jak pobłogosławiłeś Jakuba, który walczył z Tobą nad potokiem Jabbok (Rodz 32,25-33). Nie będziesz miał innego wyjścia. Możesz mi wcześniej spuścić belkę na głowę. Zgoda. Żywego jednak stąd mnie nie wyrzucisz. Wytrwam. To prze­cież już wyłącznie pięć dni, cztery, trzy, dwa, jeden…

Leave a Reply

You must be logged in to post a comment.